ten o frustracji dnia codziennego.

wczorajszy dzień to jakaś kpina.
i jeśli nie masz mocnych nerwów albo łatwo się oburzasz to nie czytaj tego posta dalej. 
dla własnego dobra. 
bo są takie dni, kiedy budzisz się po 5:00 i 45 minut  z wielką nadzieją na dalszy sen, 
na półprzytomna śpiewasz Bąbelkowi kołysankę dla okruszka, 
ale on po tym recitalu postanawia jednak zacząć dzień. 
wstaję. pierwsza kawa. przedszkole, zakupy. obiad (żeby mieć go z głowy jak najszybciej). 
nagle natchnienie. 
położę nowy dywan, który czeka już jakiś czas na swój debiut. 
jestem sama, średnio silna i raczej niewysoka...ale dam radę z tym wielkim narożnikiem. 
15 minut odkurzania (Jan non stop wyciąga mi wtyczkę z gniazdka, a Fanta skacze mu na plecy), 
wyciąganie miliona rzeczy spod kanapy..kolejna godzina i mam to.
jeden dywan zwinięty, drugi, nowy, jasny prezentuje się pięknie. 
Bang! Jan zbija mi wazon, szkło leci na tenże dywan. sprzątam. wstaję. 
Fanta zlała się na płytki, Jan zdjął z suszarki białą koszulę d. i sprząta ten bałagan. ogarniam to. wracam
po raz kolejny Jachu wyrzucił wszystko z szafek. zbieram. 
Fanta skacze, Jan beczy... kładę go na drzemkę, 
a ja żeby rozładować emocje, znoszę na plecach z piętra drewniany stół. przerobię go na stolik kawowy. 
sama, bo mój mąż przeżywa ostatnio jakieś boleści związane ze zmianami, jednak nie potrafi ich uzasadnić, 
zatem łaski bez, sama se zrobię. biorę gumowy młot i do it. trochę pomogło. Po 20 minutach Jachu nówka sztuka. 
no to się bawimy. szuflady w ruch. zbieram. zapada cisza. słyszę chlupanie. 
Jan klockiem nabiera wodę z kibla i pije ze smakiem. enjoy! przebieram. 
składam pranie (3 pralki) Jan ogarnia szuflady. 
poziom mojej bezradności i frustracji widoczny musi być gołym okiem, bo mama wpada i zabiera go na 1,5h. uff...
no to zbieram. sprawdzam allegro i szukam magnetycznych zabezpieczeń na szafki, 
idę na górę sprzątać gruntownie sypialnię. godzina minęła. 
przedszkole. obiad. garść gorzkich słów na klatę od starszaka, 
który nie rozumie dlaczego życie jest niesprawiedliwe. 
i jedno trudne pytanie: skoro Bóg stworzył cały świat, to na czym on wtedy stał? (!) 
odpowiedź: musisz porozmawiać o tym z Panią od religii. łyknął i nie drążył. 
sprzątam dalej górę. chłopaki się bawią. 
nagle słyszę dźwięk wysypywanych klocków lego. wchodzę do Adama...wszystkie wysypane na dywan. 
pytam: co Wy robicie? odpowiedz: to jest tęczowa dolina! olewam i zostawiam to na jutro, bo jest juz 17. 
za godzinę kolacja, a potem już z górki...jednak nie. 
Fanta dostała rozwolnienie...w korytarzu, kuchni i na DYWANIE..dwa razy. 
wybieram koło ratunkowe: telefon do przyjaciela. zajęte. 
sprzątam. mama zabiera Fante na spacer. 
kolacja. poszło gładko. 
kąpiel- zachlapanie w granicach normy. 
Adam idzie do siebie. Jan schodzi ze mną na dół. kakałko i śpi. 
wyciągam pranie, wstawiam kolejne. ogarniam kuchnię. siadam. 
niebezpieczne odgłosy z góry jednak burzą mój spokój. 
Starszak zwariował... skrzynki, z których wcześniej wysypali klocki napełnia wodą...w pokoju na dywanie. 
droga z łazienki do jego pokoju pływa, szafka mokra, dywan mokry, piżama mokra. 
pytam: co Ty robisz?! Baseny dla ludzików!
ratowanie sytuacji, wycieranie podłóg, ratowanie mebli i paneli, przebieranie. 
wracam na dół. dywan obesrany! klękam, sprzątam i ryczę.
kurtyna.
gdyby nie to, że jestem sama z dziećmi, ten dzień skończyłby się butelką wina.
i to nie byłoby pijaństwo, a dezynfekowanie ran duszy. 
to tak w skrócie jakby kto pytał jak to jest "siedzieć z dziećmi w domu", chętnych zapraszam na warsztaty. 
Jedną dobę z dzieciakami ogarniam bez problemu. druga ma tendencję spadkową...
a dziś jest 3 dzień i życie go zweryfikuje.
dzięki Bogu za płotem mieszka mama, mój niezastąpiony support. 
ale mimo to rozważam małą wycieczkę w niedzielę...gdzieś w stronę Władywostoku. sama. 
ps. kot nadal obrażony.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pierwszy. Ten najtrudniejszy.

Ten, w którym pokaże Wam od czego zaczynaliśmy.