Ten o blaskach i cieniach macierzyństwa.

Kiedy urodził się Jaś i pierwsze dwa tygodnie swojego życia spędził na oddziale neonatologii obiecałam sobie, że nigdy nie będę narzekać. Nie będę się nad sobą użalać po nieprzespanej nocy, kiedy zacznie się ząbkowanie czy przydarzy nam się jakaś inna prozaicznie "trudna sprawa".  Zresztą... wtedy obiecałabym i zrobiła absolutnie wszystko, żeby się stamtąd wyrwać razem z Nim. Tak jak powiedziała ostatnio moja "instagramowa" koleżanka...ludzi nie trzeba straszyć piekłem, wystarczy im pokazać oddział intensywnej terapii noworodków, gdzie nie każda historia kończy się happy endem. 
Jasia zabrali mi już kilka godzin po narodzinach, bo poziom bilirubiny był już wtedy powyżej 11. To niby nic takiego, ale każda matka nabuzowana hormonami musi stawić temu czoła. Ja znosiłam wszystko dużo lepiej niż za pierwszym razem. Szukałam w sobie spokoju, nie płakałam, starałam się odpoczywać i nie pokazywać nikomu moich słabości. Odwiedzałam go co chwilę dwa piętra wyżej i patrzyłam przez niebieskie szkiełko jak leży spokojnie w inkubatorze. Miałam ogromną ochotę go dotknąć, powąchać (nic nie pachnie piękniej niż noworodek!) i przytulić, a kiedy po kilku dniach mogłam go sama nakarmić czułam się jakbym wygrała na loterii. Miał dobrą opiekę i wiem, że nie działa mu się krzywda. Jego życiu nic nie zagrażało, najgorsze co mogło go spotkać to transfuzja krwi, która była gdzieś na horyzoncie, ale udało nam się jej uniknąć. Został przebadany od stóp do głów i wszystkie najgroźniejsze choroby, które mogły tak długo utrzymywać poziom bilirubiny we krwi na tak wysokim poziomie zostały wykluczone (nie o wszystkich wiedziałam, bo D., żeby oszczędzić mi nerwów nie powiedział mi o tej najgorszej, dopóki nie miał pewności, że wyniki badań są w normie). Może dlatego łatwiej było mi to znosić. Przez te dwa tygodnie, kiedy w szpitalnej "kuchni mlecznej" pracowałam na każdą kroplę mleka, poznałam jedne z najokrutniejszych scenariuszy jakie pisze życie. Rodzice, których tam poznałam to najmocniejsi ludzie na świecie. Takich chyba nie da się złamać już nigdy. Mieszkali po kilka miesięcy w hotelach z dala od rodziny, walczyli razem ze swoimi ok. 400 gramowymi dziećmi - opatulonymi wężykami i rurkami, zamiast bezpiecznymi ramionami matki - z wirusami, wylewami, chorobami serca i całym tym złem jakie świat zdołał wymyślić. Nikt nikogo tam nie ciągnął za język. Opowiadali Ci, którzy już potrafili o tym mówić. Ja nie miałam odwagi w obliczu tych wszystkich ludzkich tragedii przyznać się, że my jesteśmy tu tylko z powodu żółtaczki, bo wiem, że każdy z nich zamieniłby się ze mną swoją historią z marszu... ja po prostu siedziałam i słuchałam. 
Mimo wszystko... to nie było łatwe. Tych hormonów i instynktów, które w Tobie walczą nie da się zatrzymać i wyciszyć na chwilę, a tymczasem leżysz na sali z trzema innymi matkami, które 24h na dobę tulą swoje dzieciątka. A Ty czekasz, każdego dnia wierzysz, że to dziś, że zaraz go przywiozą. Próba była jednak znacznie dłuższa, ja po 4 dniach wróciłam już do domu, bo tam czekało drugie dziecię, które też mnie potrzebowało, a 30 km dalej został ten okruszek... słyszałam wtedy też opinie "ja w życiu  nie dałabym się wypisać bez dziecka"...serio? Myślisz, że to właśnie chce usłyszeć matka, która zostawiła na chwilę swoje dziecko, bo musiała to zrobić dla Jego dobra? Kolejne 10 dni spędziliśmy w drodze miedzy domem, przedszkolem a szpitalem. Z laktatorem rozstawałam się maksymalnie na 2,5 godziny i zawoziłam codziennie do szpitalnej lodówy ok 1,5 litra mleka żeby tylko starczyło do następnego dnia rano. I kiedy w tym trwasz to myślisz tylko o tym, by zorganizować to wszystko jak najlepiej i jak najszybciej. I zawsze myślałam, że tak mają wszyscy rodzice. Ale przyszło mi leżeć na jednej sali z dziewczyną, którą bez ogródek mogę nazwać głupią gówniarą. Krótki opis postaci: 24 lata, czwarte dziecko (mieszka z nią tylko jedna córka, którą na ten czas oddała pod opiekę matce - czynnej alkoholiczce, tylko po to by zrobić jej na złość, mimo, że miała wybór... co się stało z resztą dzieci nie wiem..) urodziła w 32 tygodniu, mimo, że myślała, że to już 38 (na sali snuła domysły, kto ją oszukał o te kilka tygodni!) przyjechała w samych skarpetach, a na salę wjechała bez dziecka. W pierwszej rozmowie telefonicznej ze swoim Miśkiem, poprosiła o papierosy i kawę, nie o bieliznę czy buty, a salowej, która roznosiła kawę zbożową z mlekiem do śniadania powiedziała: Pani Kochana, ja piję tylko prawdziwą kawę! Po czym wstała i powiedziała, że czuje się świetnie, bo jest stworzona do rodzenia dzieci i...poszła zapalić.. 
Nie wiedziała nawet, że jej córka, leży obok Jaśka z ostrą niewydolnością oddechową.
Jak wróciła, położyła się do łózka, dostała drgawek i zaczęła wyć i skręcać się z bólu...i może nie powinnam się do tego przyznawać, ale pomyślałam, że właśnie na to zasługuje. Nawet przez chwilę nie poczułam najmniejszego współczucia. Żal mi jedynie tych dzieci, bo każdy zasługuje na dobry start, a wiem, że ta matka ma w życiu inne priorytety. 
Tymczasem Ty staniesz na rzęsach, by Twojemu dziecku włos z głowy nie spadł... I tylko raz nie udało mi się opanować słabości, kiedy po raz drugi przyjechaliśmy po Janka z całym tym majdanem, bo kolejny raz dali nam nadzieję, że może tego dnia wyjdzie. Na miejscu okazało się, że wyniki krwi znów się pogorszyły, więc zostaje na kilka kolejnych dni. Patrzyłam na niego przez szybkę, na fotelu obok płakała inna matka wtulona w swoje maleństwo, spojrzałam na nią i pękłam. Zaczęłam płakać i nie mogłam się opanować. Łzy leciały mi ciurkiem i nie mogłam wydusić słowa. Płakałam jeszcze pół drogi do domu, a jadąc autem skierowałam na siebie wszystkie dmuchawy z zimnym powietrzem, żeby osuszały mnie na bieżąco i żeby po powrocie do domu Adam nie widział, że płakałam. Oczywiście, że było widać...ale nikt o nic nie pytał. Myślę, że to był moment kiedy po prostu musiałam dać upust emocjom..
I sądzę, że w tym moim dotychczasowym życiu w roli Matki nie dostałam lepszej lekcji pokory. 
I siadając dzisiaj do komputera wcale nie chciałam Wam o tym pisać... przeciwnie - chciałam powiedzieć, że ostatnie tygodnie czuję się przytłoczona, że chciałabym zrobić coś tylko dla siebie, że chciałabym wyjść na chwilę sama, gdzieś dalej niż do biedry. Że przecież mam prawo być zmęczona, że to nie jest powód do wstydu, że mogę powiedzieć to głośno i każda matka mnie zrozumie. I nikt, absolutnie nikt nie może mi powiedzieć, że  nie mogę się tak czuć.
A tymczasem przypomniałam sobie raz jeszcze te nasze trudne początki i zrobiło mi się głupio samej przed sobą, bo to sobie obiecywałam nie narzekać, nikomu innemu. 
Wiem, że jak się wyśpię na wszystko spojrzę inaczej. 
Bo jestem zmęczona. 
Owszem.
Ale to zmęczenie od nadmiaru szczęścia.
Każda nowa zmarszczka, siwy włos czy wory pod oczami są tego warte.
Bezapelacyjnie.

Komentarze

  1. Ale wiesz żal się, żal do woli! Pisz nam tu! Pisz sobie w zeszycie! Pisz. Mów. Krzycz! Bo najgorszą rzeczą jaką możemy sobie zrobić to trzymać te nasze uczucia w sobie. Trzymane długo w sobie tylko robią nam krzywdę.

    Poznałam intensywną terapię z każdej strony. Jako pracownik i jako matka. Tego nie da się opowiedzieć. To są emocje nie do opisania. I jedno wiem... nie można ich trzymać i kumulować.

    Ale te codzienne mamine nie są zupełnie inne... one też są nasze. I one też mają prawo wybrzmieć. Nie jesteśmy cyborgami bez uczuć, z samoładującym się zestawem bateryjek by działać non stop. Jesteśmy tylko ludźmi! A może aż!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, popłakałam się jak to czytalam.. Przypomniałam sobie mój przedwczesny poród i dwa tygodnie spędzone przez małego na oddziale neonatologii.. ten ból i strach.. Uwielbiam Cię za te prawdziwość i szczerość :* Czekam na kolejne posty :) Pozdrawiam :* 3maj się :*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ten o mnie - 10 faktów, o których pewnie nie wiecie.

Ten, o Unimo - przyjacielu każdego rodzica