Ten, w którym zapraszam Was do środka.

Mili Moi... macie ochotę zobaczyć jak to wszystko wyglądało od środka? 

Wielką radość sprawiało nam patrzenie, jak rosną mury zewnętrzne, bo z każdą cegłą byliśmy o krok bliżej marzenia, które urzeczywistniało się na naszych oczach. Jednak kiedy wchodziliśmy do środka ogarniało nas prawdziwe podekscytowanie (przynajmniej mnie, D. ma do tego mniej emocjonalny stosunek - albo dobrze się maskuje). Chodziłam po gołych betonach, oglądałam nieotynkowane ściany z cegły i myślałam gdzie ustawimy stół, a z której strony stanie komoda i cieszyłam się jak "głupia dzikuska" (cytując D.) Ta część z Was, która ma już ten etap za sobą, pewnie rozumie co mam na myśli, ale naprawdę tak było! Wiecie jak pierwszy raz zwiedziłam piętro? Wjechałam na nie windą towarową przez okno w sypialni, bo nie można było jeszcze chodzić po schodach- a bałam się jak 150! Z poziomu ziemi, nie miałam pojęcia jaki będziemy mieć widok z sypialni czy pokoju Adasia, a tu nagle Panowie "wciągnęli" mnie na górę i czułam się jak na Dachu Świata - to było dla mnie prawdziwe wydarzenie! Pomyślicie - wariatka - ale tak było.

Winda towarowa - to to ustrojstwo wciągało mnie na piętro :)

Sypialnia. We wnęce po prawej stronie powstanie zaraz szafa z drewnianymi drzwiami przesuwnymi.

Piętro. Jeszcze bez ścian działowych.

Widok z sypialni.

Ogród z "lotu ptaka" :)

Okolica. Widok z dachu.


 Cieszyła każda mała rzecz. Bez wyjątku czy było to zamontowane okno, wilgotny tynk na ścianach czy pierwsza położona płytka. Jednak na tym etapie najbardziej "uwierał" nas czas. To był ten element, którego nie mogliśmy przeskoczyć. Coś zupełnie niezależne od nas, na co nie mieliśmy wpływu. No bo tynki muszą wyschnąć, bo posadzki muszą "związać", bo płytkarz najbliższy wolny termin ma za osiem miesięcy (?!) No jak tak można..? Jak można powiedzieć, kobiecie z rozchwianą po porodzie gospodarką hormonalną, że Jej marzenie ziści się kilka miesięcy później, bo trzeba czekać... Ale, ale! Pewnego dnia telefon - płytkarz za 2 tygodnie  ma okienko, bo ktoś, kto zarezerwował u niego termin rok temu nie dostał kredytu. I wiesz co? Myślisz sobie wtedy:  jaka świetna wiadomość, jak dobrze, że bank odrzucił ich wniosek! Egoistyczne, wiem. Ale tak było. (ps. Szanowni Państwo od kredytu, nie wiem kim jesteście, ale mam nadzieję, że w końcu się Wam udało!)

Żeby nakreślić jak pisała się ta nasza bajka, chcę Wam pokazać kilka kadrów:


W miejscu rusztowania biegną teraz schody. Już na etapie budowy zaczęłam żałować, że nie zdecydowaliśmy się aby zostawić ten filar z odkrytą cegłą. Ale nic straconego, może jeszcze uda mi się przekonać D. żeby go odkuć.

Okno w garderobie.

Kolejny etap - schody. A pod schodami znajduje się schowek - pełni u nas rolę piwnicy, której nie mamy

Dolna łazienka i widok na salon.

Prawie gotowe.

Podwieszany sufit w salonie.

Ostatnie prace wykończeniowe. I kredens z kuchni w trakcie malowania.

Od samego początku wiedzieliśmy, że w naszym domu musi znaleźć się ceglana ściana. Z prawdziwej cegły. Z racji tego, że pieczarkarnia od strony kuchni została spłycona na rzecz spiżarni i kotłowni, postanowiliśmy postawić tą ścianę ze starej cegły rozbiórkowej. Na OLX udało nam się znaleźć taką jakiej szukaliśmy i w dodatku w naszym mieście. Zamówiliśmy  4 palety - starczyło na ścianę, płot, murowany grill i krawężniki wokół trawnika, a płaciliśmy 1 zł za sztukę.
Tak jak w przypadku ściany, tak było również z drzwiami do spiżarni, które trzeba było w nią wstawić - miały być drewniane i wyglądać jak stare, dlatego futryna musiała stanąć od razu.
Tak wyglądały kolejne etapy stawiania ściany.

Wejście do spiżarni. Futryna z litego dębu.

Z tej perspektywy widać, że spiżarnia i kotłownia nie są wielkich rozmiarów.

Każda cegła przed położeniem była obtłukiwana z resztek betonu i czyszczona drucianą szczotką.

Gotowe!

Ostatnie tygodnie na budowie to istna walka z czasem i samym sobą. Im mniej prac zostaje do końca tym szybciej chcesz mieć je za sobą. Dawid po powrocie z pracy ruszał od razu na budowę i często siedział tam do wieczora, a ja z racji tego, że spędzałam całe dnie z Adasiem biegałam tam sprzątać jak tylko mały szedł na drzemkę. 
Wykończeniówka - nie ma trafniejszego określenia na ten etap. Wykańczasz wnętrza, portfel i siebie.
I zawsze jest coś za coś. W zasadzie wszytko robiliśmy sami przy wsparciu rodziny. Wyjątek stanowiły panele w salonie, drzwi oraz kuchnia i garderoba (mieliśmy ok. 300 paczek mebli z Ikei) - tutaj skorzystaliśmy z pomocy fachowców. Malowanie i pozostałe podłogi to też nasza sprawka. Resztę mebli albo skręcaliśmy albo odnawialiśmy sami. 
Ciekawe czy poznajecie niektóre z nich:

Dębowa taca kupiona na targu staroci w Czaczu. 40 zł

Komoda, którą ok. 50 late temu zrobił mój wuj na zaliczenie praktyk stolarskich. Zanim trafiła do nas przeszła przez kilka domów w naszej rodzinie - to pierwszy mebel, który odnowiłam.

Początek szlifowania. Nie, nie miałam szlifierki - musiał mi wystarczyć papier ścierny :)

Wyszperany ze stodoły u babci Dawida.

OLX - 120 zł


Wrzeciono z babcinej stodoły.
Kredens po prababci Dawida. Bardzo zależało mi, żeby go odnowić. Przez kilka dni zdzierałam z niej warstwy farb przy pomocy opalarki. Kiedy skończyłam i kopnęłam w jej "plecy" moja noga została w środku... była tak zjedzona przez korniki, że musiała skończyć na śmietniku.

To właśnie takie meble lubię najbardziej. Te które w szufladach chowają swoje historie, a w podziękowaniu za darowanie im drugiego życia stają się tłem tej historii, którą co dzień tworzymy my. Uwielbiam też takie, które zrobimy sami z czegoś, co dla innych jest zaledwie śmieciem. To nimi dopełniamy naszą przestrzeń, która ma być wyjątkowa, jedyna i niepowtarzalna. Ma być nasza od początku do końca, bez oglądania się na innych i zastanawiania co o tym pomyślą.

Twórzcie, wymyślajcie, podejmujcie działania i próby, a w razie niepowodzenia zaczynajcie jeszcze raz. Nie podążajcie za tym co wszyscy. Odważcie się i zaryzykujcie zrobić choć raz coś "swojego", a ja obiecuję Wam, że na jednym razie się nie skończy. A radość i duma z własnej pracy popychać Was będzie do kolejnej zmiany. Nie wzbraniajcie się. Na pewno się uda!

 





Komentarze

  1. Bardzo mi się podoba ta historia...Ila

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) wychodzi na to, że nie jesteśmy aż takimi nudziarzami:)

      Usuń
  2. Fajnie być"gościem"w Waszym domu. Kawał dobrej roboty �� Gdyby nie zdjęcia, nigdy bym nie uwierzyła, że z pieczarkarni powstał taki piękny dom �� Pozdrawiam serdecznie Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nam miło Cię gościć :) Wpadaj kiedy tylko będziesz miała ochotę !

      Usuń
  3. Bardzo fajnie że założyłaś bloga��

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudnie się to czyta, a jeszcze bardziej cudna jest Wasza historia 😍 troszkę przypomina moją. Teraz zaczynam żałować że nie robiłam tylu zdjęć etapów budowy co wy 😯 czekam na kolejne wpisy 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas to zasługa mojego męża - on dzielnie robił fotorelacje :) historia bez tych zdjęć nie byłaby już taka sama :)

      Usuń
  5. Doskonale Cię rozumiem, bo u mnie bardzo podobne emocje od 2 lat :) cieszy każdy krok do przodu, każda położona płytka i odnowiony mebel :)
    Piękny dom stworzyliście i bardzo lubię obserwować jak się zmienia :)
    Czekam na c.d. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, a na kiedy planujecie przeprowadzkę? :)

      Usuń
    2. Najpóźniej latem, bo chcemy by starszy syn poszedł do szkoły już w nowym miejscu :)

      Usuń
  6. Zrobiliście coś z niczego. SUPER. Czekam na kolejne wpisy��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przyznaję, że całkiem nieźle idzie nam ten szeroko pojęty recykling :)

      Usuń
  7. Rewelacyjnie to wymysliliscie z tą cegla �� uwielbiam Wasz dom i niecierpliwie czekam na kolejne posty

    OdpowiedzUsuń
  8. Super, że założyłaś bloga i opisujesz Wasze początki, czekam na ciąg dalszy, na pewno będę zaglądała. Pozdrawiam serdecznie i trzymam mocno kciuki za powodzenie tego bloga.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ten, w którym pokaże Wam od czego zaczynaliśmy.

Drugi. Ten, w którym opowiem kim jesteśmy i co tu robimy.

Ten, w którym posiedzimy w kuchni.