Ten, w którym pokaże Wam od czego zaczynaliśmy.

Zatem od początku...
Nasza historia zaczęła się 11 lat temu. Los, przypadek, a może przeznaczenie sprawiło, że jesteśmy dziś razem. Nie wiem, które z nich jest za to odpowiedzialne, ale jestem mu dozgonnie wdzięczna.
W krótkim czasie zyskał moje zaufanie i stał się najlepszym przyjacielem. I nawet nie zorientowałam się kiedy minęło 5 lat, jak zapytał czy zostanę Jego żoną. 
Środek zimy, polskie morze, SPA. Wróciłam z masażu, otworzyłam drzwi pokoju - było ciemno... na podłodze, pośród płatków róż paliły się świece, tworzyły ścieżkę prowadzącą na piętro. Zatrzymałam się przy schodach i zaczęłam Go wołać, bo strach ogarnął mnie wielki - czułam co się święci! Ale On się nie odzywał... podjęłam wyzwanie i poszłam tam na nogach jak z waty. Na górze stał On - przystojny, elegancki i... zestresowany, ja natomiast byłam w dresie, wysmarowana olejkami i z tętnem 270 na minutę. To był 18 grudnia. 18 sierpnia byliśmy już małżeństwem.

Zamieszkaliśmy razem półtora roku przed ślubem w domu moich rodziców. Wiele wieczorów minęło nam na rozmowach, o tym gdzie widzimy się za jakiś czas. Nigdy nie ciągnęło nas do centrum wielkiego miasta. To tu gdzie mieszkałam od urodzenia mieliśmy perspektywę na przyszłość. Musieliśmy przeanalizować wszystkie za i przeciw. Podjąć decyzję czy w ramach jednego budżetu wybieramy małe mieszkanie w dużym mieście czy wybudujemy dom na prowincji. 

Po naszym ślubie moi Dziadkowie podzielili dużą działkę, na której mieszkaliśmy razem i podarowali nam 384 m2 gruntu...z zabudową.
A tą zabudową była pieczarkarnia, którą w połowie lat 80' stawiał mój dziadek i tata. Rodzice przez 2 albo 3 lata hodowali tam pieczarki, następnych dwadzieścia kilka lat stała pusta i pełniła rolę domowego magazynu. Stały tam stare meble, składowane było drewno na zimę i znajdowało się miejsce do majsterkowania. Wielka kostka bez okien. Jak dla mnie bez perspektyw...do czasu.

Zakładam, że wielu z Was nie wie nawet jak wygląda typowa pieczarkarnia. Zatem spójrzcie z czego zrobiliśmy nasz dom.


Pieczarkarnia. Widok od strony domu moich rodziców.

Widok od strony ogrodu.

Na tej ścianie znajduje się teraz nasza kuchnia.

Widok z kuchni na salon. Wcześniej strop pieczarkarni podtrzymywały cztery słupy. Zastąpiliśmy je dwoma większymi, które wzmacniają piętro.

Widok z ulicy. Jak widzicie pieczarkarnia stoi niecały metr od ulicy. Ma to swoje plusy i minusy

W miejscu gdzie rosły te cztery tuje wyznaczono jedyny możliwy wjazd na działkę. Nie przypuszczaliśmy, że przysporzą nam tyle problemów.

Na naszej działce stała również ziemianka. Podziemna spiżarnia, porośnięta z jednej strony kilkudziesięcioletnim bluszczem, z drugiej strony kaskadowo rosły na niej truskawki.

Zbudował ja mój dziadek - murarz z wieloletnim doświadczeniem.

Rozbierało ją pięciu dorosłych mężczyzn, przy użyciu wszelkich możliwych sprzętów.

Była tak mocna i z takim zbrojeniem jak nie jeden bunkier. Wierzcie mi, że w niej mielibyśmy szanse przetrwać wojnę, naloty i bombardowania.


Tak wcześniej wyglądał ogród.

Wyznaczone nowe granice domu. W tle nadal rosną drzewa, a my nie mamy żadnego wjazdu na działkę - co za tym idzie - nie możemy zwozić materiałów budowlanych ani burzyć tej dobudówki za mną.
Czas nas gonił..

...bo, pozostał mi jakiś miesiąc do porodu...

Zaczęliśmy załatwiać wszelkie formalności. Przy podziale działki Gmina wyznaczyła nam jedyny możliwy wjazd na działkę, jednak w tym miejscu rosły cztery tuje, które okazały się naszym utrapieniem. Drzewa naście lat temu zasadził mój dziadek, ponieważ po drugiej stronie ulicy jest pole - w ten sposób chciał osłonić działkę przed wiatrem. Ten sam urząd, który wyznaczył miejsce wjazdu musiał wydać nam również pozwolenie na ich wycinkę. Czekaliśmy na nie niespełna dwa lata!  Okazało się, że droga i pas zieleni przed domem są własnością Skarbu Państwa, Gmina musiała przepisać je na siebie, aby móc nimi zarządzać. Oczywiście zostaliśmy poinformowani jakie grożą nam konsekwencje, jeżeli dopuścimy się jakiejkolwiek samowolki - grzywna w wysokości 120 tysięcy złoty. W ten sposób polska biurokracja wstrzymała rozpoczęcie prac budowlanych na prawie dwa lata. W tym czasie zdążyłam zajść w ciążę i urodzić Adasia. Dla porównania - sama budowa trwała rok.

Kolejne etapy to pozwolenie na budowę, miejscowy plan zagospodarowania
przestrzennego,  warunki i pozwolenia na wszelkie przyłącza- nie mieliśmy prądu, gazu ani wody - oraz dziesiątki innych papierologicznych niezbędników, aby wreszcie móc położyć pierwszą cegłę.
Jak się pewnie domyślacie, nie mogliśmy skorzystać z gotowego projektu domu. Nasz indywidualny projekt nosił nazwę "przebudowa, nadbudowa i rozbudowa budynku gospodarczego". Z wyborem architekta nie mieliśmy problemu. Od samego początku, kiedy zapadła decyzja, że będziemy budować dom, wiedzieliśmy kogo poprosimy o pomoc. Korneccy Architekci ( http://www.korneccyarchitekci.pl ) to pracownia projektowa, której projekty i realizacje były nam już znane. Wiedzieliśmy, że powierzając im zaprojektowanie naszego domu możemy spać spokojnie.  Kiedy otrzymaliśmy gotowy plan przebudowy nie zmieniliśmy w nim zupełnie nic. Konieczne było jeszcze przeprowadzenie przez konstruktora oceny stanu technicznego budynku. Z racji, że budynek miał ponad 20 lat, musiał przejść ekspertyzę techniczną, która polegała m.in. na zbadaniu stanu i wytrzymałości  fundamentów czy stropu, na którym za chwilę miało stanąć piętro. Na szczęście budynek był solidny i w bardzo dobrym stanie, więc dostaliśmy zielone światło i mogliśmy zacząć piąć się w górę!


Poniżej możecie zobaczyć wizualizację naszego domu z zewnątrz oraz układ i wymiary pomieszczeń na każdym piętrze:

Elewacja od strony ogrodu. Do zrobienia pozostało nam jeszcze zadaszenie tarasu.

Widok od ulicy.


Front domu.

Plan parteru.

Plan piętra.
Mieliśmy sprawdzoną ekipę budowlaną z naszego miasta - solidni i rzetelni fachowcy.  Zaczęło się od wykucia otworów okiennych w starym budynku i wylania fundamentów, pod tą cześć domu, która miała zostać zbudowana od zera.

Przygotowywanie otworów pod okna.




Okna w salonie musiały być możliwie największe, aby doświetlić całą przestrzeń dzienną.




Luksfery w kuchni i jadalni to konieczność. Nie jestem ich fanką, ale budynek stoi niecały metr od ulicy, a zgodnie z prawem budowlanym, dom musiałby być oddalony od niej 4 metry, żebyśmy mogli zamontować normalne okna. Luksfer to inaczej pustak szklany i traktowany jest jak cegła. Nie mogliśmy też zrezygnować z nich całkowicie, bo pomieszczenie było by po prostu ciemne.











Potem wszystko szło już gładko. Rosłam ja i rosły mury. Nie wiem co szybciej.
Popołudniu, 19 maja 2014 wylądowałam na porodówce. Zostawiłam budowę na etapie fundamentów.
Sala porodowa. Kilka godzin przed narodzinami Adasia.

Po tygodniu, kiedy wróciliśmy do domu stał już parter.








Chwilę później zamykaliśmy już stan surowy. Kolejne etapy jak elektryka, instalacje, ogrzewanie podłogowe, posadzki i tynki szły bez problemu.







Wszystko co mogliśmy, robiliśmy sami. Mieliśmy przy tym ogromne wsparcie rodziny, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić sporo pieniędzy. Szalenie cieszył nas każdy kolejny etap, każdy krok do przodu, i tak 12 maja 2015 roku spędziliśmy pierwszą noc w naszym domu - było to 8 dni przed pierwszymi urodzinami Adasia. Weszliśmy w zasadzie na gotowe, bo przez pierwsze 2 miesiące brakowało nam tylko drzwi. Jeszcze przed rozpoczęciem budowy zaczęliśmy kupować za grosze, zwozić z rodzinnych piwnic czy strychów i odnawiać stare meble, co pozwoliło nam od samego początku zapełnić przestrzeń. A co za tym idzie - uniknęliśmy mieszkania pośród kartonów.

I choć w domu hulało echo, które odbijało się od pustych ścian, a przez 3 miesiące w salonie mieliśmy ławkę ogrodową zamiast kanapy to uważałam, że to najpiękniejszy dom na świecie.
Ale tak jak wspominałam, to był zaledwie początek... teraz zaczęło się to co najlepsze - trzeba było nadać temu domu charakter i tchnąć w niego życie. Nasze życie. Bez oglądania się na innych, bez odtwarzania sklepowych ekspozycji i powielania wszelkich schematów.

W kolejnych postach pokażę Wam, jak zmieniało się pomieszczenie po pomieszczeniu. Ile przemian przeszły przez niespełna 3 lata.

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. To nie jest historia z serii tych fascynujących, ale na pewno prawdziwych. Jeszcze jakiś czas temu, po wejściu do naszego domu rzucał się w oczy napis "Witajcie w Naszej Bajce" i to samo chciałabym powiedzieć Wam właśnie teraz.

Zatem...

Witajcie w Naszej Bajce! Teraz kiedy wiecie jaki był jej początek, liczę, że kolejne rozdziały będziecie czytać z przyjemnością.



Komentarze

  1. Bardzo fajnie jest poczytać o historii waszego domu. Czekam na więcej postów i zdjęć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się rozmawiać z Wami regularnie :)

      Usuń
  2. Kurczę 😊 powiem Ci, że nie spodziewalabym się, że z takiego pomieszczenia można zrobić domek 😊super,podziwiam za pomysł i wytrwałość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazwyczaj chcieć to móc, a najgorzej zacząć...potem już jakoś idzie :)

      Usuń
  3. Super będzie poznawać Waszą historię, kawał już pokazalas, będę śledzić z ciekawością. Ila

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam na ciąg dalszych opowieści :) ja jestem dopiero na początku drogi którą wy podjeliście jakiś czas temu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trzymam kciuki, żeby wszystko potoczyło się tak, jak sobie zaplanowaliście!

      Usuń
  5. My nigdy nie zdecydowaliśmy się na taki krok. Woleliśmy wyremontować górę domu rodziców i mieszkamy tu już 20 lat. A mały domek ciągle jest naszym ogromnym marzeniem 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. creativebarbara4 lutego 2018 13:00

    Świetna historia ❤ A Wasz dom jest piękny ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Basiu :* Mam nadzieję, że będziemy się tu spotykać :)

      Usuń
  7. Interesujaca historia.Wspanialy post.Przyjemnie sie czyta.Z niecierpliwością czekam na kolejny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby nic specjalnego, ale nie wiesz jak miło tera do tego wrócić z myslą, że to już tylko wspomnienia :)

      Usuń
  8. Uwielbiam takie rewolucje :) z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kasiu! Przed Tobą dopiero wszystko co najlepsze:)

      Usuń
  9. Super ☺już nie mogę się doczekać kolejnych postów 😄zwłaszcza że sama mieszkam w domu przerobionym z budynku gospodarczego 👍tylko my nic nie dobudowywaliśmy. Narazie nam wystarcza ale może kiedyś 🙈

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak dobrze mieć taką perspektywę, prawda ? Poszczęściło nam się!

      Usuń
  10. Bardzo fajnie to opisujesz, czekam na dalszy ciąg. Jestem ciekawa jak powstało Twoje piękne "gniazdko"☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuje :) Powoli postaram się opowiedzieć Wam o wszystkim :)

      Usuń
  11. Fajnie się czytało:) czekam na ciąg dalszy z dużą niecierpliwością. Podziwiam Twój dom na instagramie - super, że można tu poczytać o tym, jak powstawał. Pozdrawiam, Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, dziękuję! Kiedy zna się historię domu inaczej się na niego patrzy :)

      Usuń
  12. Oczywiście, że dotrwalam do końca. Ciekawa historia. Bardzo fajnie, że napisałaś o tym wszystkim. Czekam na więcej;)) pozdrawiam
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że jeśli znajduje się ktoś, kto chce to wszystko czytać, to należy od początku rozmawiać z nim szczerze :)

      Usuń
  13. Dla mnie to niesamowite, jak z takiego małego budynku gospodarczego, można zrobić piękny dom. Gratuluję samozaparcia, odwagi i pomysłowości :-) Czekam na kolejne wpisy :-)
    pozdrawiam serdecznie
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Moniko! Ja też kiedyś nie wierzyłam. Nigdy nie zakładałam, że to kiedyś będzie mój dom :)

      Usuń
  14. Sądząc po tytułach postów widzę zamiłowanie do Przyjaciół? :D Jeśli tak to high five! :) Będę wpadać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawa za bystre oko i celne skojarzenia :D Bingo!

      Usuń
  15. Fajna historia, podziwiam za tyle sily i wytrwalosci, dom wyszedl super, a wnetrze jeszcze piekniejsze, nie do podrobienia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Drugi. Ten, w którym opowiem kim jesteśmy i co tu robimy.

Ten, w którym posiedzimy w kuchni.